sobota, 3 maja 2014

Pięć godzin herbaty

Słyszy się tu i ówdzie, że "ceremonia parzenia herbaty" może zająć nawet do pięciu godzin. Taka informacja całkiem naturalnie wywołuje pewną konsternację. I co - pytają mnie znajomi - mam tak przez pięć godzin siedzieć i patrzeć jak ktoś przygotowuje herbatę? 
Nie do końca...
Dzisiaj przeskoczę nad tematem dlaczego nie ceremonia i dlaczego nie parzenia, i przejdę do razu do pięciu godzin, bo właśnie wróciłam z dokładnie pięciogodzinnego spotkania herbacianego. Zaprosiła mnie moja japońska babcia, która już dawno podłapała ideę przekazywania japońskich doświadczeń na drugą stronę świata. Babcia należy do innej szkoły niż ja (Omotesenke zamiast Urasenke), a moje doświadczenie herbaciane jest wciąż raczej nikłe, więc będzie prosto. Przed wami relacja zdjęciowa z chaji, pełnego spotkania herbacianego, w wersji dla początkujących.
Spotkanie odbywało się u babci w domu, więc wszystkie przygotowania miały miejsce w kuchni i przylegającym do kuchni saloniku, przy akompaniamencie okazyjnych, pełnych oburzenia szczeknięć babcinych psich pokrak, które nie były zachwycone zamknięciem w sypialni i próbowały wyawanturować sobie drogę na wolność. 
Spotkanie niby "pełne", ale już na wstępie muszę przyznać, że nie tak do końca, bo zabrakło pierwszego elementu, czyli spaceru po ogrodzie. Jesteśmy w środku miasta, zamiast ogrodu musi nam starczyć odrobina zieleni i powiew świeżego powietrza zza okna.


W kuchni trwają przygotowania - wszyscy w kimonach, jedwabnych, więc trzeba bardzo uważać, bo z jedwabnego kimona mało co się spiera, a prać można je tylko w specjalnym miejscu i w bardzo specjalnej cenie. Stąd specjalnie zaprojektowane fartuszki, z rozcięciem z tyłu na węzeł od pasa obi.


Herbata herbatą i tradycja tradycją, ale czasami trzeba sobie pomóc nowoczesną technologią - taką jak termos albo suihanki, czyli elektroniczne wcielenie kami gotowania ryżu.



Tymczasem goście zbierają się w machiai, poczekalni, i piją gorącą wodę, tę samą, która potem będzie wykorzystana do zaparzenia herbaty. Obok leży też taca z fajką - kiedyś często zdarzało się, że goście rzeczywiście palili tytoń, czekając, teraz jest to raczej symbol odpoczynku i swobodnej atmosfery. Zazwyczaj w pokoju herbacianym używa się kiseru, japońskiej fajki z długim cybuchem, ale babcia lubi sobie poszaleć z doborem sprzętów ;)





Czas przenieść się do pokoju herbacianego. Na początek goście oglądają zwój. Nie jestem w stanie odczytać tej kaligrafii, ale nie jest mi bardzo wstyd z tego powodu. Poproszone o pomoc Japonki stały nad tym zwojem i stały - i też nic. A babci nie zdążyłam zapytać...



Po zwoju ogląda się furo, letnie palenisko. To konkretne furo jest bez wątpienia z piekła rodem - przyjrzyjcie się zdjęciu - nie wiem jak wy, ale ja mogłabym mieć coś takiego w domu tylko pod warunkiem, że byłabym w naprawdę przyjacielskich stosunkach z zamieszkującym je kami. 


Tymczasem w kuchni zaczynają się zapełniać tace. Bo pierwsza część spotkania to kaiseki, czyli herbaciany posiłek. Prosty i skromny - w teorii. W praktyce sensei podczas chaji cierpi na tę samą przypadłość, co wszystkie babcie świata podczas dowolnego posiłku. Więc na początek sashimi z tuńczyka...


...potem zupa miso, utarty daikon, bliżej niezidentyfikowana ryba i miseczka świeżo ugotowanego ryżu...


... duszona krewetka w cieście...


...smażone tofu i coś, co wygląda trochę jak miniaturowe winogrona a smakuje trochę jak morska woda...


...więcej miso...


...więcej tofu...


...i tak dalej, i tak dalej. A pas ciasno zawiązany i uciska brzuszek...



W międzyczasie, kiedy goście na dobre zajęli się walką z tym, co im pownosiliśmy, na zapleczu mieliśmy ucztę z resztek. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie dotarcia do końca kaiseki, ja wymiękłam gdzieś w dwóch trzecich - a specjalnie nie jadłam śniadania! Ale sashimi naprawdę wyborne - chociaż słyszałam, jak babcia narzekała, że trochę za grubo pokrojone. Ot, nie dogodzisz perfekcjoniście.


Mieliśmy okazję spróbować wszystkiego - poza sake, które też jest częścią herbacianego posiłku. Sake pojawia się kilka razy, w tym raz gospodarz zostaje w pokoju i wychyla czarkę z każdym z gości po kolei.


Chyba powinnam wcześniej wyjaśnić - to nie sensei była oficjalnie gospodarzem (jakoś tak w herbacianym świecie utarło się używać formy męskiej) na tym spotkaniu. Babcia była kimś w rodzaju szarej eminencji. Rola gospodarza została rozdysponowana między cztery babcine uczennice - jedna odpowiadała za przygotowanie węgli, inna za podanie posiłku, kolejna za gęstą, a ostatnia za lekką herbatę. No właśnie - bo dochodzimy wreszcie (po jakichś trzech godzinach) do etapu herbaty. Goście kończą posiłek słodkim ciastkiem z ryżu i fasoli, które smakuje lepiej niż brzmi i wygląda (ale tylko trochę) i wracają na chwilę do machiai. Gdybyśmy mieli ogród, wybrali by się na przechadzkę po ogrodzie, ale niestety. 


Tymczasem w pokoju herbacianym wielkie przemeblowanie. Tace, tacki, miski i miseczki zabrane do kuchni, zwój ściągnięty, węgle dołożone, a sensei układa kwiaty, żeby goście wyraźnie poczuli zmianę atmosfery po powrocie.



Gdzieś w międzyczasie na zapleczu w magiczny sposób pojawiają się ozdobne koperty z orei - pieniężnym podziękowaniem za chaji. Udział w spotkaniu nie ma ustalonej ceny i nikt nikomu nic płacić nie każe, ale goście wiedzą, że trzeba i ile trzeba. Cała sprawa jest załatwiona elegancko i bez zamieszania.


Czas na koicha - gęstą herbatę. Po raz pierwszy od początku spotkania w pokoju herbacianym jest cicho, goście na chwilę wstrzymują rozmowy i w skupieniu przyglądają się, jak gospodarz czyści sprzęty i przygotowuje pierwszą czarkę. Gęstą herbatę pije się z jednej czarki - pierwszy gość bierze trzy łyki, czyści brzeg czarki  i przekazuje ją dalej. 


Cisza się kończy, gospodarz odpowiada na pytania pierwszego gościa, tłumaczy jaką podał herbatę, jakie kwiaty wstawił do wazonu, skąd pochodzi czarka - wszystko, czego goście chcą się dowiedzieć. Wystawia też do obejrzenia inne ważne sprzęty - chaire, ceramiczny pojemnik na herbatę razem z jego jedwabnym ubrankiem i chashaku, bambusową łyżeczkę do herbaty. Dokładne oglądanie sprzętów jest jedną z herbacianych przyjemności - i jednocześnie chyba dobrym sposobem na pokazanie gospodarzowi, że docenia się wysiłek, jaki włożył w przygotowanie każdego elementu spotkania.



I wreszcie na koniec lekka herbata, usucha, jasnozielona herbata z pianą, ta, której można spróbować podczas wszystkich  herbacianych pokazów i prezentacji. Ostatnia, najmniej oficjalna część spotkania herbacianego. Do herbaty oczywiście kolejne ciastka. 


Najmniej doświadczona uczennica robi herbatę (taki tu mają zwyczaj, trochę okrutny, że po dołączeniu do keikoba robisz lekką herbatę na najbliższym dużym spotkaniu...), a babcia zabawia gości rozmową, luźną, ale wciąż oscylującą wokół dzisiejszego spotkania. Że tofu przywiezione specjalnie z Okinawy, że ta czarka od przyjaciela z Włoch, a tamta z nikomu nieznanej pracowni w Beppu, że te same kwiaty można wykorzystać jesienią, bo liście robią się pięknie czerwone, że gęsta herbata zostawiła dzisiaj wyjątkowo słodki posmak...



I to już koniec. Sensei zamawia taksówki dla gości i odprowadza ich do drzwi, a my zabieramy się za sprzątanie. Pięć godzin herbaty minęło jak z bicza strzelił i nikt się nie nudził. Da się.


6 komentarzy:

  1. Wow, nie mam innych słów. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Po prostu, wspaniale spedzony czas :)

    OdpowiedzUsuń
  3. świetna narracja. wypiłam w myślach tę herbę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę super blog. Pozazdrościć wyjazdu do Japonii:-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie to opowiadasz. I jakaż przyjemność, że na zdjęciach nie ma żadnego V. :)

    OdpowiedzUsuń